czwartek, 3 lutego 2011

Amelie café

Kafejka Amelie to moje ulubione miejsce na kawę z zamyśleniem i mimo wiatraków, które z uporem starają się rozwiać czyhające za progiem parne powietrze, najbardziej z wszystkich z miejsc w Georgetown przypomina mi Kraków, szczególnie chyba RęKawkę na Podgórzu. Kafejka jest maleńka, starcza w niej miejsca na cztery drewniane stoliki i kilka taboretów nie do pary. Wśród dekoracji: stare menażki i emaliowane kubki, a także obrazy malowane na deskach, półki z książkami i słoiki z kiełkującymi łodyżkami, w niektórych pływają rybki. Wszystko to poukładane niedbale, albo raczej stopniowo nawarstwiające się, ale bez głębszego sensu ani konkretnego zamiaru, prawdziwa ulga dla zmęczonej myśleniem głowy, taki miły bałagan, i do tego wypełniające to miejsce równie niedbałe, leniwe dźwięki bluesa czy jakiejś mruczącej ospale wokalistki zatrzymują galopujące myśli i pozwalają im się na nowo poplątać swobodnie i bez pośpiechu, bujanie w obłokach, zielone migdały itp. 

W menu, oprócz doskonale dopasowanych do atmosfery włoskich poplątanych makaronów z leniwie pachnącą bazylią, jest też pyszna kawa, i piwo podawane w wysokich słoikach (bo kafejka ma zamysł ściśle ekologiczny). Jest drogo ale szybko o tym zapominamy, błogostan Amelie café jest bezcenny.

Rysunek jest mój, tusz i piórko.

środa, 19 stycznia 2011

Thaipusam

Jest pełnia, dzisiaj wypada święto Thaipusam, obchodzone hucznie w całym Georgetown. Według tamilskiego kalendarza, to właśnie w czasie pełni w miesiącu thai, kiedy gwiazda pusam świeciła najwyżej na niebie, Parwati (bogini matka, małżonka boga zniszczenia Siwy) dała bogowi wojny Muruganowi włócznię, aby ten mógł zgładzić demona Soorapadamana.

Thaipusam jest więc świętem zwycięstwa dobra nad złem, świętem na cześć boga wojny Murugana, którego figurka, ciężka od kolorowych zdobień, kwiatów i innych dekoracji, wieziona jest na specjalnej platformie przez całe miasto, a sama platforma, również ozdobiona do granic możliwości, kolorowa i migająca, ciągnięta jest przez dwa zupełnie niewzruszone byki. Najważniejszym elementem Thaipusam jest kavadi czyli ciężar lub brzemię niesione przez wiernych. Najczęściej jest to dzbanek mleka trzymany na głowie, ale święto znane jest przede wszystkim z innego rodzaju kavadi, a mianowicie z przekłuwania skóry, języka czy policzków włóczniami. Cierpienie ma przynieść odkupienie i pomóc dla chorych lub cierpiących bliskich.

Przygotowania do święta zaczynają się na długo przez pełnią, w tym czasie odbywają się mniejsze procesje i próby, takie jak chodzenie po rozżarzonych węglach które widzieliśmy kilka dni temu. Na dwa dni przez Thaipusam obowiązuje post- głodówka lub specjalna dieta, celibat, wiele osób goli też głowy. Wszystkie te zabiegi mają na celu oczyszczenie ciała i duszy, bo tylko tak przygotowany wierny będzie mógł zanurzyć się w trans i nie poczuje żaru węgielków, a przekłucia nie pozostawią blizn.

Wielka procesja zaczyna się dziś wieczorem (19.01) i będzie trwała do jutra rana. Dzisiaj w południe odbyła się ostatnia wstępna ceremonia polegająca na rozbijaniu kokosów przed powozem z figurką boga Murugana- czyli świetna zabawa na którą się spóźniałem, dlatego na zdjęciach zobaczycie tylko skorupki. 
A także: rozżarzoną ścieżkę w przygotowaniu (nie uchwyciłam żadnego z licznych śmiałków bo chodzili szybko, zapadła noc, a rytmiczny dźwięk bębnów wprawił nas wszystkich, nawet publiczność, w lekki trans) oraz dzisiejszą poranną procesję. Przekuwających się możecie zobaczyć wpisując w przeglądarkę Thaipusam, już raz przekonałam się że nie wszyscy znoszą to przekłuwanie dobrze (przy okazji innego święta) więc tym razem nie pójdę popatrzeć.

Na koniec dodam tylko że Thaipusam to święto hinduistyczne które jednak nie dotyczy całych Indii- świętowane jest przez społeczność Tamilską czyli na południu Indii a także w miejscach gdzie Tamilowie stanowią etniczną mniejszość tak jak w Penang (w Malezji to święto narodowe) i Singapurze.  Nie obchodzą go Hindusi pochodzący północy Indii.

niedziela, 16 stycznia 2011

powrót

Wróciliśmy do Georgetown kilka dni temu, po wspaniałej podróży po krajach Półwyspu Indochińskiego- Wietnamie, Kambodży i Tajlandii. Byliśmy w drodze niecały miesiąc, co pozwoliło nam każdego z tych krajów napocząć i zasmakować, ale bez wątpienia potrzeba kilku dłuższych podróży żeby naprawdę je zrozumieć. W Wietnamie skoncentrowaliśmy się na  Sajgonie i delcie Mekongu gdzie spędziliśmy tydzień, w Kambodży postawiliśmy na Angkor Wat, stolicę kraju Phnom Penh oraz miasto Battambang skąd zrobiliśmy kilka wypadów do okolicznych wsi i świątyń (tydzień), w Tajlandii pojechaliśmy od razu na północ, w góry, a wracając zatrzymaliśmy się na chwilę na jednej z rajskich plaż nad Morzem Andamańskim (półtora tygodnia).

Jak zwykle najwięcej czasu spędziliśmy w małych miasteczkach i na wsi, a najbardziej zauroczyła nas Kambodża, najbiedniejszy z trzech krajów które zwiedziliśmy i zdecydowanie najbardziej dramatycznie potraktowany przez historię, a mimo tego zamieszkały przez niezmiennie uśmiechniętych ludzi pełnych zaskakującej i zaraźliwej pogody ducha. Delta Mekongu okazała się być równie fascynująca jak niepokojąca; mityczne, ogromne cielsko rzeki jest tutaj życiodajnym ale i niebezpiecznym żywiołem od którego zależy życie tysięcy Wietnamczyków (w trójkątnych kapeluszach spod których trudno zobaczyć ich twarze), codziennie pokonujących jej brunatne wody na drewnianych, długich łódkach. Ten niepokojący czar sprawia, że Wietnam jest najbardziej fotogenicznym z trzech krajów (G zrobił tyle fantastycznych zdjęć że nie wiem jak wybrać najlepsze do mojej prezentacji). Tajlandia za to trochę nas rozczarowała, głównie dlatego że jest to kraj dosyć rozwinięty, a jeśli miałoby się oceniać ten rozwój patrząc na samą infrastrukturę kraju (którą ja osobiście przyjęłam za miernik), to Tajlandia, ze swoimi trzypasmowymi autostradami i siecią wygodnych autokarów i pociągów, może bez kompleksów równać do Niemiec czy Francji. Drugim powodem naszego rozczarowania jest fakt, że Tajowie przywykli do turyzmu, a turystów traktują jak kolejny business, bardzo procesjonalnie, ale bez większego zainteresowania, przez co trudno jest nawiązać z Tajami  bliższy kontakt. Ale i tak udało nam się pojechać tak daleko, czy raczej „głęboko”, że nawet w Tajlandii znaleźliśmy miejsce gdzie dzieci pokazywały nas palcami i krzyczały chórem hello. No i oczywiście ta plaża na koniec… zwala z nóg.

Podsumowując- kolejna przepiękna podróż, pełna przygód i spotkań, obserwacji i nauki. Wiele się zmieniło od czasu naszej pierwszej podróży sześc lat temu, kiedy to gnaliśmy przez Półwysep Bałkański zafascynowani bardziej sobą niż otaczającymi nas „dziwami”, które stanowiły de facto jedynie egzotyczne tło dla naszego zakochania. Teraz jesteśmy już trochę starsi, i mądrzejsi, i podróżujemy z oczami na zewnątrz, zamiast do wewnątrz, koncertując się na małym i nawet z pozoru nieciekawym, żeby zrozumieć kraj i naród, zapominając o naszych własnych przyzwyczajeniach i komfortach, podróżując bardziej świadomie i powoli.


Tyle przemyśleń. Mamy już zdjęcia i w tym tygodniu postaram się zamieścić link do albumu z podróży. A w międzyczasie w Georgetown przygotowania do Chińskiego Nowego Roku (3.02), wielkie święto hinduistyczne Thaipusam za pasem i goście, goście!

sobota, 18 grudnia 2010

Wesołych Świąt!

Kochani, życzę Wam wszystkim pięknych, białych, wesołych świąt w gronie najdroższych i w serdecznej atmosferze oraz mnóstwa marzeń i pomysłów na 2011 rok.


Blog stanął w miejscu bo po prostu brakowało mi ostatnio czasu, ale ruszy znowu pod koniec stycznia, kiedy wrócimy z podróży po Wietnamie, Kambodży i Tajlandii.

**

sobota, 4 grudnia 2010

wieś planszowa

Jakieś dwa tygodnie temu wybraliśmy się z G po raz pierwszy na  prawdziwą malajską wieś. Wieś którą pojechaliśmy zwiedzić znajduje się po drugiej, zachodniej stronie wyspy i adekwatnie nazywa się Balik Pulau czyli po malajsku "po drugiej stronie wyspy".  Mimo że maleńka i niepozorna, Balik Pulau jest wsią w pełni świadomą swojego potencjału turystycznego: specjalnie przygotowana mapka (fragment na zdjęciu) sprawiła że nasza wyprawa szybko przeistoczyła się w przygodową grę planszową polegająca na oglądaniu miejsc i próbowaniu dziwnych specjałów cały czas posuwając się do przodu.

Na początek może rys historyczny. Wieś Balik Pulau została założona w połowie XVIII wieku, kiedy to sułtan rejonu Kedah (do którego należy również Penang) naraził się królowi Siamu (czyli dzisiejszej Tajlandii) do tego stopnia, że Chińscy i Malajscy mieszkańcy graniczącego z Kedah południowego Siamu zaczęli masowo uciekać na południe. Około 70 z nich schroniło się na trudno dostępnym zachodnim brzegu Penang.  Początkowo wieś utrzymywała się z uprawy ryżu, kokosów, owoców i kawy; w 1794 na miejsce przybyli Brytyjczycy zakłądając plantacje goździków, gałki muszkatołowej i kauczuku.

Pierwsza część zabawy, czyli zwiedzanie miasteczka Balik Pulau, okazała się być bardzo prosta. Zobaczyliśmy katolicki kościół z 1854 roku z prawdziwymi witrażami sprowadzonymi tutaj aż z Belgii, pustą i cichą chińską świątynię po której szwendał się duży bury pies, najwyższy sklepik kolonialny w mieście, rondo na środku którego kiedyś znajdowała się miejska pompa i zbiorniki z wodą dla koni i słoni. Wszystkie miejsca na mapie znajdowały się zadziwiająco blisko siebie. Schody zaczęły się w części "Balik Pulau tereny wiejskie" kiedy po trzech godzinach marszu w pełnym słońcu zdaliśmy sobie sprawę że ta mapa diametralnie różni się od poprzedniej pod względem skali (mimo że nic na to nie wskazywało). I tak nasza niedzielna wycieczka zamieniła się w prawdziwą przygodę z przeszkodami.  Na szczęście, dzięki pomocy przypadkowych bohaterów naszej gry (mechanika który podwiózł nas "wypożyczonym" ze swojego warsztatu samochodem, nieśmiałej pary zakochanych która podrzuciła nas na przystanek) oraz mimo palącego słońca i wyczerpania zapasów wody, udało nam się dotrzeć aż do samego końca, czyli plaży.

A po drodze widzieliśmy dojrzewające w słońcu banany, papaje i owoce drzewa bochenkowego, krwiście czerwone kwiaty hibiskusa, kilka wiejskich ślubów, rybackie wioski, tradycyjne malajskie "kampungi" czyli drewniane wiejskie domy budowane wysoko nad ziemią (na palach, co chroni je przed wilgocią i daje cień), piękny cmentarz muzułmański ze starymi drzewami, kolorowymi kurami i olbrzymimi ważkami oraz soczyście zielone pola ryżowe. Chwilą najwyższej próby oraz momentem kulminacyjnym wycieczki było napicie się niesmacznego do granic wytrzymałości napoju Air Nira, czyli przeźroczystego soku z kwiatów palmy Nipa o smaku wędzonej parówki. Zdjęcia sielskiej, tropikalnej wsi malezyjskiej poniżej.

Owoc drzewa bochenkowego czyli jackfruit

Tak rosną banany       

 a tak papaja

                                                           Hibiskus idealny na herbatkę          

Przydrożna knajpka słynąca z kosmicznego napoju Air Nira

Pycha!
Domek na wsi
wioska rybacka
widok na (prywatną!) wyspę Betung, oraz, w domyśle, Sri Lankę

sobota, 27 listopada 2010

o zupie

Z uwagi na chwilowy brak czasu, dzisiaj skoncentruję się na czymś małym, choć treściwym, a mianowicie na zupie. Zupa nazywa się Laksa, a dokładnie Penang Laksa bo chodzi o penandzką odmianę. Ale zanim o szalonych składnikach samej zupy, może najpierw trochę o kulturze jedzenia w Malezji, bo bez niej żadna zupa tutaj nie ma smaku.
Malezja, a w szczególności Georgetown, jest miejscem do którego miłośnicy kuchni przyjeżdżają z całego świata tylko w jednym celu- żeby jeść. I rzeczywiście, jeżeli chodzi o egzotykę smaków, trudno z takiej podróży wrócić zawiedzionym (i nie przytyć!). W samym Penang je się wszędzie i o każdej porze, na ulicach zawsze czyhają na ciebie sprzedawcy pysznych zup, dań na bazie ryżu lub noodli. 

Noodle są specjalnością chińską dlatego wszystko co z noodlami nazywa się MEE w pewnym momencie (przed lub po MEE występują zazwyczaj dwie inne sylaby które oznaczają "smażone"/"drobiowe"/"z pierożkami"/"z zieleniną" itd. Ryż (po malajsku "nasi") to domena Malajów i Hindusów; Malajowie podają ryż gotowany na parze lub smażony, z kurczakiem, Hindusi robią z ryżem wszystko (i same pyszności) ale ich znakiem rozpoznawczym jest ryż na liściu bananowca z kilkoma sosami obok w których ten ryż się macza i wkłada ręką do buzi bardzo miło się przy tym brudząc. Te trzy kuchnie mieszają i czerpią z siebie na wzajem tworząc czasem zaskakujące kombinacje jednak wszystkie łączy jeden wspólny i nieodzowny składnik: chili. Chili dodaje się tutaj do wszystkiego, czasem w wypalających gardło ilościach i "stężeniach" i trzeba się do tego przyzwyczaić bo chili jest nieuniknione (gdy prosimy o niepikantną porcję dostajemy po prostu mniej chili ale nigdy bez!).

Drugim tematem rzeką jest jak się tutaj je. Je się na ulicy, pałeczkami lub łyżką i widelcem (nie ma noży), w plastikowych miseczkach udających porcelanę, na plastikowych stolikach, kupując porcję od sprzedawcy który wyczaruje ją dla ciebie osobno i na twoich oczach (nie ma "gotowych" dań) dodając składniki, maczając je w czymś, mieszając z czymś innym w osobnej miseczce, po chwili dopiero dodając kolejny składnik, dodając jednej przyprawy na początku, innej w połowie i innej na końcu jak prawdziwy czarnoksiężnik, a wszystko to na swojej kuchnio-rikszy, którą przyjechał w to miejsce, swoje stałe miejsce, wcześnie rano. I nie należy liczyć na żadne walory estetyczne, nikt tutaj o to nie dba: nieważne jak wygląda, ważne jak smakuje!

Ale do rzeczy bo miało być o zupie Laksa. Zupa Laksa to świetny przykład szalonej mieszanki kuchni chińskiej i malajskiej.  Jest to zarazem najsłynniejsza zupa w Penang i tutejsza wersja Laksy jest znana w całej Malezji jako rarytas. Jest to w gruncie rzeczy zupa rybna, ale powiedzieć o niej że jest tylko zupą rybną byłoby straszną obrazą. Składniki zupy wymienię po przecinku, inaczej zajęłyby całą stronę. Najważniejsze to laksa czyli noodle ryżowe (śliskie i uciekają z pałeczek), heiko czyli pasta  z małych krewetek zmieszana z wodą, makrela, kwiat imbiru (piękny i różowy), liście bazylii, sok z owoców tamaryndowca indyjskiego, trawa cytrynowa, galangal, namoczone chilli, czosnek askaloński, kurkuma, pasta z dużych krewetek oraz ogórek, sałata, liście mięty, cząstki ananasa, cebula, jeszcze trochę świeżych chilli, olej, sól i cukier. I to wszystko razem, po wielu magicznych zabiegach daje następujący rezultat:

Jeśli kogoś to trochę przeraża, to zapewniam że zupa jest pyszna, bardzo aromatyczna, bogata i ostra, a podobno jej tajlandzka odmiana z mleczkiem kokosowym jest jeszcze lepsza. Kosztuje 3 złote. W taki właśnie sposób przestaliśmy gotować a w domu jemy już tylko śniadania.

Wszystkie zdjęcia autorstwa G oprócz samej zupy (picture of Laksa credits: MichaelJLowe via Wikipedia)

piątek, 19 listopada 2010

Zwodzone osiedla

Na wschodnim krańcu miasta ulice kończą się wodą i miasto się zatrzymuje. Żeby iść dalej trzeba wsiąść na prom, który zabierze nas w stronę Półwyspu Malajskiego albo przejść się drewnianymi uliczkami "wyrzuconych" w morze zwodzonych osiedli. 

Zwodzone osiedla w Penang powstały w połowie XIX wieku. Zbudowali je chińscy rybacy żeby ułatwić sobie dostęp do morza- błoto, które znajduje się u wybrzeży wyspy uniemożliwiało im połów ryb i transport łodzią. Osiedla wzniesione są na drewnianych palach, ulice stanowią ciasno zbite deski, pod nogami chlupocze woda. 

Każde z osiedli nosi imię chińskiego klanu przez który zostało założone, mieszkańcy to po prostu kolejne pokolenia tej samej rodziny, od 100 lat nic się tutaj nie zmieniło. Każde z tych zwodzonych miasteczek posiada co najmniej jedną świątynie, sklepy, drewniane domki (czasami nawet dwupiętrowe) oraz zacumowane łodzie i obowiązkową grupkę rybaków na najdalej wysuniętym w morze pomoście. Najpiękniejsze i zarazem największe z osiedli (a jest ich w sumie sześć) to osiedle Chew, które zamieszkują Chińczycy o tym nazwisku (na zdjęciach).

W przeciwieństwie do reszty miasta, które ciągle się zmienia, powiększa i rozwija, zwodzone osiedla wydają się być zawieszone w czasie i gęstym, gorącym powietrzu popołudnia: przy wąskich uliczkach suszy się bielizna, w mrocznych wnętrzach domów gra telewizor, przed domami siedzą chińskie babcie z talkiem na twarzy i sennie snują się psy.




wszystkie zdjęcia autorstwa G